Ukraińska broń zabija Polaków 

Na Ukrainie karabinek AK można kupić już za 500 – 1 tys. dolarów, czyli za taką samą cenę jak w Afganistanie. Jednorazowy granatnik, zależnie od wersji, to koszt pomiędzy 600–800 dolarami. Ręczne granaty oferowane są natomiast już od 10 dolarów za sztukę. Szacunki mówią, że u naszego wschodniego sąsiada w niepowołanych rękach znalazło się ok. 6 milionów sztuk broni palnej.

Od czasu rewolucji na kijowskim Majdanie Ukraina nie może się doliczyć potężnej ilości uzbrojenia, które wyparowało z rządowych arsenałów. Krytyczną sytuację stale pogarsza wojna w Donbasie. W efekcie nasz wschodni sąsiad zamienił się w największy rynek nielegalnej broni na kontynencie. Niebezpieczeństwo dostrzegają państwa UE i USA, tylko u nas jakoś cicho. A przecież sąsiedztwo zobowiązuje do czujności, o czym świadczą wykryte przypadki zbrojeniowej kontrabandy. Jaka jest skala ukraińskiego problemu i stopień ryzyka dla Polski?

Polski pomost do Europy

Problem byłby z pewnością mniejszy, gdyby nasza wschodnia granica była jakimiś peryferiami, które można zamknąć na przysłowiowe cztery spusty. Do takiej decyzji uprawnia teoretycznie status prawny naszych granic, które są przecież zewnętrznymi limes Unii Europejskiej. Nasza Straż Graniczna i Służba Celna są więc pierwszymi i kluczowymi instytucjami unijnymi, które mają zablokować nieuprawniony ruch osobowy, a co równie ważne, niepożądany tranzyt towarowy. Innymi słowy, chodzi o kontrabandę. Uszczelnienie wschodniej granicy Polski leży zatem w naszym i europejskim interesie. Przemawiają za tym również względy praktyczne, czyli sytuacja militarna na Wschodzie, która komplikuje dodatkowo, i tak ciemny, pejzaż bezpieczeństwa. Nie dość, że Rosja stała się agresywna, co ujawniło się aneksją ukraińskiego Krymu, to jeszcze wywołała regularną wojnę w Donbasie, która trwa już trzeci rok. Jesteśmy krajem sojuszu euroatlantyckiego, zatem nasza granica nie tylko pełni rolę unijnej, lecz także natowskiej forpoczty, uzyskując status frontowy. To nie przelewki, bowiem oprócz wschodnich zagrożeń Europa zmaga się z innymi wyzwaniami bezpieczeństwa w najbliższym sąsiedztwie. Mowa o kryzysowym potoku migracyjnym z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej oraz o międzynarodowym terroryzmie infekującym z tych samych regionów. A jeśli terroryzm, to także nielegalny obrót bronią i materiałami wybuchowymi, jakimi najchętniej posługują się zamachowcy – fundamentaliści.

Z drugiej strony, zarówno Polska, jak i cała UE nie może sobie pozwolić na odgrodzenie od niebezpiecznych regionów wysokim i długim murem. Choć takie pomysły też istnieją, to na razie należą do kategorii political fiction. Poradziecki Wschód jest dla Europy zbyt ważnym rynkiem zbytu produkcji i pozyskiwania surowców energetycznych. Jest także tranzytowym korytarzem handlowym, nabierającym znaczenia wraz ze wzrostem ekonomicznej potęgi Chin. Zresztą, jeśli spojrzeć w dane statystyczne, to łatwo dostrzec ogólną prawidłowość. UE jest kluczowym partnerem gospodarczym dla wszystkich republik poradzieckich, na czele z Rosją. Stawia to przed Brukselą trudno rozwiązywalny problem jednoczesnego zapewnienia bezpieczeństwa i przepustowości zewnętrznych granic Europy. Dla Warszawy kwestia jest bodaj jeszcze ważniejsza. Nie tylko z obiektywnych przyczyn naszego położenia geopolitycznego. Polska polityka wschodnia jest zbudowana na fundamentach otwartości i równoprawności. Mówiąc prościej, nie orientuje się na politykę Moskwy, czego dowodem jest Partnerstwo Wschodnie. Idea cywilizacyjnego przyciągania obszaru poradzieckiego w orbitę Europy przeżywa wprawdzie kryzys. Jednak Warszawa należy do inicjatorów i patronów polityki wschodniego sąsiedztwa UE, kierując się takim drogowskazem w praktyce. I w tym miejscu pora przejść do naszych relacji z Ukrainą.

Od chwili uzyskania przez Ukrainę niepodległości Warszawa traktuje Kijów, jak strategicznego partnera, co wyraża się wsparciem interesów naszego sąsiada na forum europejskim. Jedną z płaszczyzn jest również dyplomacja społeczna, czyli ułatwienia w ruchu osobowym, które obecnie nabierają szczególnego znaczenia. W 2012 r. na Ukrainie rozpoczął się głęboki i długotrwały kryzys ekonomiczny. Jego fundamentalną przyczyną jest brak reform strukturalnych, główną zaś przeszkodą w ich dokonaniu pozostaje oligarchiczny ustrój państwa. Tak czy inaczej, Ukraina znalazła się w opłakanym stanie i społeczeństwo dało upust swemu niezadowoleniu na kijowskim Majdanie. Od rewolucji godności minęły przeszło dwa lata, ale zmiany na lepsze zachodzą w ślimaczym tempie. Mimo iż Ukraina podpisała umowę stowarzyszeniową z UE, której integralnym fragmentem jest porozumienie o wolnym handlu, pozytywne skutki nastąpią nieprędko. Tym bardziej że skala ekonomicznej pauperyzacji społeczeństwa jest ogromna. Dla wielu Ukraińców emigracja za chlebem stała się jedynym sposobem godnego życia. Zgodnie z szacunkami tygodnika „Dzerkało Tyżnia”, do zagranicznej pracy wyjechało ok. 8–9 mln Ukraińców, a ich coroczne przekazy pieniężne do kraju sięgają 16 mld dolarów. Tylko w Polsce pracuje ok. 1200 tys. Ukraińców. Ilu zaś pracuje na czarno i czy należy ich potępiać? Chyba nie, każdy chce jakoś żyć i warto sobie przypomnieć bogate tradycje polskiej, w tym współczesnej emigracji zarobkowej. Jeszcze kilkanaście lat temu większość europejskich rynków pracy była zamknięta przed polskimi pracownikami. Jednak problem polsko-ukraiński tkwi zupełnie gdzie indziej.

Jest nim kontrabanda uprawiana przy wykorzystaniu instrumentu, jakim jest mały ruch graniczny. Niby karton papierosów czy butelka wódki, jakie przejeżdżają codziennie z Ukrainy, nie podrywają naszego bezpieczeństwa ekonomicznego. Podobnie jak codzienne tankowania polskich samochodów po drugiej stronie granicy. Tym bardziej że Ukraińcy zaopatrują się w Polsce w artykuły pierwszej potrzeby i żywność, napędzając w ten sposób handel i zatrudnienie w granicznych powiatach. Trwoży jednak korupcyjny mechanizm po ukraińskiej stronie. Służby odpowiedzialne za porządek i bezpieczeństwo w strefie granicznej oraz na samych przejściach zamieniły się w dochodowe źródło zarobkowania. Oczywiście dla funkcjonariuszy, także tych powiązanych ze światem kryminalnym. Fundamentem korupcyjnego układu jest codzienny ruch tzw. mrówek, czyli osób przekraczających granicę po kilka razy z legalną porcją towarów i używek. Drugą jednak, groźniejszą nogę mafijną stanowi hurtowy szmugiel papierosów i alkoholu. O wysokiej dochodowości świadczy fakt, że organizatorzy procederu zarabiają do miliona euro na jednej ciężarówce przemyconych wyrobów tytoniowych. Nasze służby konfiskują także bursztyn wydobywany nielegalnie w przygranicznych obwodach Ukrainy. Można śmiało powiedzieć, że regiony: lwowski, wołyński, rówieński i podkarpacki żyją z przemytu do UE, a więc także do Polski i przez Polskę. Mówić o tym, że legalne władze Ukrainy nie radzą sobie z przestępczością zorganizowaną, to mówić nieprawdę. Kijów traci kontrolę nad zachodnimi obwodami na rzecz miejscowych klanów biurokratyczno-kryminalnych, czyli mafii. Jak to jednak w kapitalizmie, popyt decyduje o podaży. Jeśli można przemycać używki, na które jest zapotrzebowanie w UE, to równie dobrze przedmiotem kontrabandy może stać się broń. A z nielegalnym uzbrojeniem Ukraina ma akurat największy problem.

Jak wynika z policyjnych danych, aż 552 sztuki nielegalnej broni palnej przechwyciło CBŚP w całym 2016 roku. W porównaniu z poprzednim rokiem jest to wzrost o prawie 80 proc. i dwa razy większy niż w całym 2014 roku. Jest to efektem zalewu broni z Ukrainy. Broń trafia do gangsterów, a także zwykłych ludzi czy kolekcjonerów. Wśród przechwyconych modeli są pistolety Walther, CZ 70 czy popularne na całym świecie AK-47. W 2016 roku funkcjonariusze z katowickiego CBŚP w 84 przeszukanych mieszkaniach znaleźli 100 sztuk broni. Ich łupem padły także maszynowe Skorpiony. Za to szczecińscy śledczy zatrzymali mężczyznę, który za pośrednictwem popularnego portalu w sieci sprzedawał broń. Swoich klientów przekonywał, że na oferowane przez niego egzemplarze nie jest potrzebne zezwolenie. Podczas przeszukań w tej sprawie policja zabezpieczyła 26 jednostek broni oraz 1500 sztuk amunicji. Prokuratury na terenie całego kraju odnotowują wzrost liczby spraw związanych z nielegalnym posiadaniem broni. Bywa, że przestępcami są osoby nieświadome tego, że posiadają nielegalną broń. Wzrost liczby przestępstw związanych z nielegalnym posiadaniem broni to niewątpliwie efekt napływu broni z Ukrainy.

Czarna dziura w arsenałach

W ostatnim czasie polska Straż Graniczna co najmniej dwukrotnie uniemożliwiła kontrabandę broni z Ukrainy. W pierwszym przypadku chodziło o karabinki AK i amunicję, w drugim o sprawne elementy małokalibrowego systemu artyleryjskiego AK. Dokładniej o fragmenty sześciolufowego działka bliskiej obrony powietrznej, znanego w świecie jako system Gatlinga. Śmiać się czy płakać? – próby przemytu pod pozorem przewozu instalacji hydraulicznej dokonały dwie Ukrainki. Ten ostatni szczegół osobowy wskazuje jednak, że przestępstwo było dobrze przemyślane. Kto bowiem podejrzewałby kobiety o kontrabandę takiej broni? Zatem ktoś, a raczej jakaś organizacja przeprowadzała „bojem” sondaż polskiej granicy. Pod kątem szczelności i czujności funkcjonariuszy polskich służb. Brzmi bardzo groźnie w kontekście ilości nielegalnej broni na Ukrainie.

Czy wiedzą państwo ile sztuk nielegalnej broni palnej znajdowało się w rękach naszych wschodnich sąsiadów przed majdanową rewolucją i wybuchem wojny w Donbasie? Ok. 2,5–3 mln sztuk. A ile teraz? Dokładnie nie wie nikt, co samo w sobie jest groźne. Natomiast szacunki mówią o 5–6 mln sztuk, które nielegalnie trafiły w prywatne, a co gorsza niepowołane, ręce. Niestety zmienił się także asortyment. Przed 2014 r. w prywatnych arsenałach znajdowały się głównie pistolety, np. systemu Makarowa i rozliczne warianty karabinów AK. Obecnie do niepowołanych rąk trafiły tysiące karabinów maszynowych i snajperskich, różnego rodzaju granatników (przeciwpancernych i termobarycznych) oraz min, granatów bojowych i tony materiałów wybuchowych. Jak informuje ukraińska redakcja BBC, w 2016 r. tylko w jednym obwodzie policja skonfiskowała 176 sztuk długiej broni automatycznej, 260 granatników oraz 3 tys. ręcznych granatów zaczepnych i obronnych. I to raczej przypadkiem, jak twierdzą bowiem miejscowi eksperci, problem walki z nielegalnym rynkiem broni leży pokotem. Państwo nie ma ludzkich sił, materialnych środków ani chęci przeciwdziałania. Najpierw spróbujmy jednak usystematyzować zagadnienie.

W dobie ZSRR zakarpacki, czyli ukraiński okręg wojskowy był miejscem mobilizacyjnego formowania armii pierwszego i drugiego rzutu. Ich zadaniem był zwycięski pochód wyzwoleńczy przez Bałkany, Turcję i europejskie wybrzeże Morza Śródziemnego, po Portugalię i Północną Afrykę. Zadanie wymagało uzbrojenia milionów żołnierzy, dlatego Ukraina była wielką składnicą uzbrojenia i amunicji. Nic dziwnego, że po rozpadzie ZSRR odziedziczony potencjał wojskowy uplasował niepodległą Ukrainę na czwartym miejscu wśród światowych potęg militarnych. Lub inaczej, poradzieckich zapasów było tak wiele, że według międzynarodowych szacunków Ukraina znalazła się w światowej czołówce eksporterów broni. Natomiast wyliczenia nielegalnego eksportu opartego na schematach korupcyjnych sięgają kwoty 30 mld dolarów. Broń i sprzęt trafiały do wszystkich zapalnych punktów na kuli ziemskiej. Ukraiński eksport zasilał, m.in. wszystkie afrykańskie konflikty lokalne. To globalnie, ale na Ukrainie i tak pozostało sporo sprzętu. Prawdę ujawniono w 2014 r. W czasie gdy patrioci demonstrowali w całym kraju, przejmując władzę w poszczególnych obwodach, grabieży uległy arsenały większości jednostek MSW oraz SBU, czyli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Zaraz potem zaczęła się wojna w Donbasie i obie strony ruszyły, aby przejąć największe składnice wojskowe rozmieszczone na wschodzie kraju. Z braku regularnej armii rząd w Kijowie uzbroił tzw. bataliony ochotnicze, w których z dyscypliną było bardzo niedobrze, nie wspominając o licznych przestępcach w początkowym etapie walk. Ponadto wojna przyniosła niepowodzenia, w trakcie których armia porzuciła bądź utraciła ogromne ilości sprzętu. Przy tym cały czas wybuchały w dziwnych okolicznościach składy broni i amunicji. Pasmo wybuchowych incydentów było i jest nadal związane z korupcyjnym procederem sprzedaży zapasów. Jak wiadomo, ryba psuje się od głowy, a możliwości zarobków kuszą. Kontraktowy żołnierz ukraińskiej armii zarabia ok. 200 euro, oficer ok. 550 euro. Nic dziwnego, że tylko zastępca dowódcy 53 brygady zmechanizowanej i tylko w czerwcu – lipcu 2016 r. „upłynnił” cywilnemu kupcowi 5 tys. sztuk amunicji strzeleckiej oraz kilkadziesiąt granatów zaczepnych za 66 tys. hrywien. Przypadek, który jest raczej regułą niż incydentem, ukazuje niepoliczalne wręcz możliwości nielegalnego handlu bronią przez armię walczącą w Donbasie. Zawsze można powiedzieć, że amunicję wystrzelano w działaniach bojowych, a broń utracono w walce. Zresztą, co tam jakiś pułkownik. Minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow rozdał setki sztuk tzw. broni nagrodowej. Obdarzył takimi suwenirami całą radę ministrów, wielu parlamentarzystów i nieznaną liczbę innych zasłużonych osób. Były premier Ajackow otrzymał na przykład pistolet maszynowy Thompson i słynny karabin maszynowy Maxim (ten z tarczą i kółkami).

Jakie są skutki?

Jak oceniają eksperci BBC, przede wszystkim runął czarny rynek broni. Ceny spadły znacząco, bo karabinek AK można kupić za 500 – 1 tys. dolarów, czyli za taką samą cenę jak w Afganistanie. Jednorazowy granatnik, zależnie od wersji, to koszt pomiędzy 600–800 dolarami. Ręczne granaty oferowane są natomiast już od 10 dolarów za sztukę. Cenę jako tako trzymają pistolety automatyczne. Im dalej od strefy walk, tym suma oczywiście wyższa, ale i tak rynek odczuwa stałą tendencję spadkową. Ważne jest co innego. Jak twierdzą ukraińscy socjologowie i psycholodzy, społeczeństwo popadło w stan określany jako: strzelaj wszędzie, we wszystko, a przede wszystkim długo. Ilość broni w niepowołanych rękach oraz jej powszechna dostępność zdeprawowały Ukraińców. Po pierwsze, ludzie zobojętnieli na przestępstwa dokonywane z bronią w ręku. W międzynarodowym ratingu bezpieczeństwa publicznego Ukraina spadła ze 136. na 164. miejsce i plasuje się dziś pomiędzy Sudanem i Botswaną. Po drugie, nasi sąsiedzi przyzwyczaili się do rozwiązywania problemów i wymierzania sprawiedliwości przy użyciu broni. Ukraina przeżywa prawdziwą erupcję przestępczości, bo jako pierwszy z rozgrabionego arsenału skorzystał świat kryminalny. Wszyscy pamiętamy wydarzenia w zakarpackim mieście Mukaczewo, w którym prawicowi nacjonaliści walczący z miejscową mafią o dochody z przemytu papierosów do UE rozpętali regularną wojnę. Stosunkowo świeżym przykładem jest rzeź w miasteczku Olewsk obwodu żytomierskiego. Przedmiotem był podział stref wpływów w tzw. bursztynowych republikach, czyli nielegalnych odkrywkach. Bandyci ze Lwowa napadli zażywającą rozrywek „miejscową młodzież”, która wydobyła własne automaty AK i odpowiedziała ogniem. Jedna z walczących stron rzuciła granat obronny. Rezultat: dwóch zabitych, siedmiu rannych hospitalizowanych, nieznana liczba lżej kontuzjowanych. Podobne incydenty nie są rzadkością, bo nie ma dnia, aby policja sama nie interweniowała z bronią w ręku. Co gorsza, całą Ukrainę pokrywa sieć zakonspirowanych arsenałów nielegalnej broni, znajdujących się pod kontrolą mafii lub różnych organizacji radykałów politycznych. I jak twierdzą eksperci, ta broń w określonym dniu wystrzeli. Lub wybuchnie, bo równie wielkie zagrożenie tworzą ogromne zapasy materiałów wybuchowych, wśród których przeważają łatwe do ukrycia lub użycia stugramowe kostki trotylu saperskiego. A jak reagują na zbrojną rzeczywistość praworządni Ukraińcy? To chyba jasne, zbroją się w przyspieszonym tempie. Ogołacają legalne sklepy z bronią ze wszystkiego, co strzela. Największym powodzeniem cieszą się pistolety automatyczne, ale hitem są śrutowe strzelby, tzw. pom-pomy. To problemy Ukrainy – może ktoś powiedzieć. Niestety to także problemy bezpieczeństwa Europy i Polski.

Groźba infekcji

Już w 2014 r. międzynarodowa organizacja Small Arms Survey zajmująca się problematyką nielegalnego obrotu bronią, informowała o niebezpieczeństwie rozprzestrzenienia zawartości ukraińskich arsenałów na całą Europę. Któż od tego czasu nie podejmował tematu. Depeszował Reuters i pisał „New York Times”. Mówiła niemiecka Deutsche Welle i pokazywała brytyjska Sky News. Jeśli kogoś nie przekonuje alarm w zachodnich mediach, niech przeczyta opinię ukraińskiej misji OBWE, która ostrzega, że broń z Donbasu trafia do UE. I nie chodzi tylko o Ukraińców, którzy chcą podreperować swoje skromne budżety lub tamtejszy świat przestępczy. Brytyjscy dziennikarze spotkali się z bossami pewnej rumuńskiej grupy przemytniczej. Usłyszeli, cytując Sky News: sprowadzamy z Ukrainy cały arsenał, w zależności od potrzeb odbiorcy. Nas interesują wyłącznie pieniądze, nie interesujemy się, czy broń trafi w ręce europejskich szowinistów, islamskich terrorystów czy mafii. Amerykańscy eksperci Reutersa oceniają, że nielegalny rynek ukraińskiej broni zasila już cały świat. Jeden z kanałów prowadzi przez Rosję, a biznesowymi partnerami są kaukascy najemnicy. Handluje się oczywiście uzbrojeniem prorosyjskich separatystów. Jednak jak tłumaczą Amerykanie, takim samym handlem, tylko po drugiej stronie frontu zajmuje się ukraińska armia i struktury bezpieczeństwa.

Autor: 
Robert Cheda
Źródło: 

---------------

Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.